My, rodzice, też się złościmy. Ja również.
O złości dzieci mówimy dużo. Zastanawiamy się, jak pomóc dziecku się uspokoić, jak reagować na krzyk, bunt, frustrację czy trudne zachowanie.
Ale… co z naszą złością?
Z tym momentem, kiedy po raz piąty prosimy o założenie butów. Kiedy jesteśmy zmęczeni, spóźnieni, przeciążeni. Kiedy kolejny płacz, krzyk albo „nie!” sprawia, że czujemy, że za chwilę sami wybuchniemy.
Czasem spotykam się z przekonaniem, że skoro jestem psychologiem dziecięcym, to pewnie nigdy nie złoszczę się na własne dzieci. Że zawsze wiem, jak zareagować, zachowuję spokój i bezbłędnie stosuję wszystkie strategie, o których mówię w gabinecie.
A odpowiedź brzmi: oczywiście, że też się złoszczę.
Jestem psychologiem, ale jestem też rodzicem. Czasami jestem zmęczona, przeciążona, czasem tracę cierpliwość. Mam swoje granice i swoje emocje.
Wiedza psychologiczna nie daje nam magicznego przycisku „spokój” i nie sprawia, że przestajemy doświadczać trudnych emocji. Pomaga natomiast lepiej je rozumieć, wcześniej zauważać sygnały, że zbliżamy się do swojej granicy, i uczyć się, co zrobić ze złością, kiedy już się pojawi.
Bo sama złość nie czyni nas złymi rodzicami. Jest emocją — ważną informacją o tym, co dzieje się również z nami. Znaczenie ma to, jak na nią reagujemy i co robimy pod jej wpływem.
I właśnie o tym napisałam w najnowszym numerze magazynu „Dzieci”. 🤍
O złości rodziców. O samoregulacji dorosłych. I o konkretnych narzędziach, które mogą pomóc nam przejść przez trudne momenty tak, żeby zadbać zarówno o dziecko, jak i o siebie.
Bardzo się cieszę, że mogłam napisać właśnie o tym temacie — bo mam wrażenie, że o emocjach dzieci rozmawiamy coraz więcej, a o naszych emocjach jako rodziców wciąż trochę za mało.

